Gdzie oczy poniosą (podróże z dziećmi)

Język ciała i uśmiechu

Niepozorny plac zabaw (na zdjęciu) znajduje się w jednej z tutejszych galerii handlowych. Zjeżdżalnia o wysokości 40 centymetrów i piankowe puzzle jako podłoga wystarczą, by dwie małe dziewczynki śmiały się w głos przez kilkadziesiąt minut. By testowały różne formy zjazdów i przepychały się radośnie. Wystarczy też, by uszkodzić prawą rękę Kasi tak, że przez następne trzy godziny płacze z bólu przy każdym jej poruszeniu.

W pierwszej chwili czekaliśmy – przecież dzieciaki co chwilę coś sobie robią. Nie zawsze skala płaczu oddaje skalę zdarzenia. Kiedy ręka leżała nieruchomo – bólu nie było. W drugiej chwili zadzwoniliśmy do ubezpieczyciela. Czekaliśmy niecałe dwie godziny na informację, gdzie powinniśmy teraz pojechać.

A co działo się w tym czasie?

Bardzo niewiele osób (przynajmniej w tej części Bangkoku) mówi po angielsku. Podobnie panie w restauracji, w której siedliśmy, kontaktując się z ubezpieczycielem. Wielka chęć pomocy i uprzejmość ze strony Tajów rzuca się w oczy na każdym kroku, jednak nie pomaga w komunikacji. Kiedy już uda się wytłumaczyć, że Kasię bardzo boli ręka, trudno przekonać, że nie potrzebujemy jeszcze karetki, bo czekamy na ubezpieczyciela. I że chcemy jechać do szpitala, który on wskaże, a nie tego, który jest najbliżej.

Także pani z punktu medycznego w obiekcie, poza hello i pojedynczymi słowami angielskimi operuje wyłącznie tajskim. Udaje nam się jednak zrozumieć, że chce nas sama odwieźć do szpitala. Namawia po swojemu, pokazuje w którą stronę, w końcu daje Marysi kartkę do malowania, a kaszlącemu Maćkowi jakieś tabletki i czeka z nami. Po jakimś czasie uczymy się komunikować przy pomocy telefonu – ona pisze w google translatorze to, co chce powiedzieć po tajsku, tłumaczy na angielski i pokazuje nam. My piszemy w swoich telefonach po polsku i tłumaczymy na tajski. Trwa to dłużej niż rozmowa, ale jest o niebo bardziej precyzyjne.

Czekając na wskazania od ubezpieczyciela, z Kasią śpiącą w wózku Janka, uczymy się jeszcze mówić „Kop kan ka”, co oznacza tutaj dziękuję (forma wypowiadana przez kobietę – mężczyzna na końcu mówi kap). Widzę też, z jakim przejęciem pokazuje plakat króla umieszczony nad jej biurkiem. Kult króla zauważam nie pierwszy raz w tym kraju.

Dostajemy adres szpitala.

– czy tam ktoś będzie mówił po angielsku?

– tak, tam wszyscy mówią po angielsku.

Pewnie nie wszyscy, choć każdy jakieś słowa znał. Jedna pani natomiast znała język tak, że bardzo łatwo się z nią porozumieliśmy, a zajęła się nami w taki sposób, że nieustająco jestem jej szczerze wdzięczna. Prowadziła za rękę uczestnicząc we wszystkich badaniach i pomagając lekarzom i pielęgniarkom przekazywać najważniejsze informacje w znanym mi języku.

Janek kokietował damską część obsługi, Marysia malowała wydrukowane malowanki i grała w doble, a my czekaliśmy na prześwietlenie. Podczas prześwietlenia Kasi delikatnie przekręcili rękę (na jego potrzeby). Widziałam, że robili to delikatnie, a jednak płakała strasznie.

Dwie minuty później (kiedy już przestała płakać), złapała się za tą rękę i powiedziała:

– ej! Już mnie nie boli.

Podniosła obie ręce do góry, zeszła z moich kolan i zaczęła taki swój paradny taniec, który włącza często, kiedy się cieszy.

Skończyło się tym razem na strachu. Lekarz stwierdził przesunięcie kości, która przy przekręcaniu ręki do zdjęcia wróciła na swoje miejsce. Przepisali maść, którą otrzymaliśmy razem ze zdjęciem rentgenowskim (takim wielkości A2, bardzo wygodnym w podróży 😉 ) i umówili nas na wizytę kontrolną (na wypadek, gdyby jednak ból powrócił).

Skorzystaliśmy z tego, że obsługująca nas pani zna angielski i poprosiliśmy o wskazanie w miarę bezpiecznej tajskiej restauracji w pobliżu (od 6 godzin skupialiśmy się na ręce Kasi i tak my, jak i dzieci czuliśmy głód, który tylko na chwilę zaspokajały jogurciki, chrupki i orzeszki; szczególnie, kiedy odpuścił stres). Wzięła dziewczyny (za ich radosną zgodą) za ręce i zaprowadziła nas do schludnie wyglądającej knajpki pełnej ludzi (w której, jak łatwo się domyślić: nikt nie mówił po angielsku).

Kiedy było już pobiegane po sklepie, pojedzone w restauracji i odwiedzone w toalecie – wyszliśmy szukać taksówki, by bezpiecznie wrócić do domu. Ustawiliśmy się w kolejce (na czerwonym dywanie!), a kolejne osoby wsiadały do kolejnych „taxi meter”. Maciek z przodu, ja z dziećmi z tyłu (tutaj obowiązuje zasada: w aucie może jechać tyle osób, ile się zmieści).

– Hello, we would like to…

– Speak tai! – przerwał zdecydowanie taksówkarz.

– I don’t know…

– Speak tai! – przerwał znów.

Powtarzał to za każdym razem, kiedy zaczynaliśmy jakiekolwiek zdanie. Pokazując na nawigacji, gdzie chcemy jechać, rękami kierunki zakrętów i podniesionymi w górę kciukami, że to „już” – dojechaliśmy do celu.

Poza najczęściej używanym tutaj językiem ciała i uśmiechu, bardzo doceniam opcję internetu i google translatora. Pomaga kupić lokalną kartę do telefonu (55 zł za miesiąc bez limitu transferu danych), zapytać o drogę, pokierować taksówkarza, skopiować opis maści i go przetłumaczyć, przypomnieć sobie, jak powiedzieć „hi” po tajsku i inne.

 

Polecane posty