Gdzie oczy poniosą (podróże z dziećmi)

Dzień na spokojną aklimatyzację

Skoro pierwszy dzień na spokojną aklimatyzację skoncentrowaną na dzieciach spędziliśmy w szpitalu, zrezygnowaliśmy z objazdowej wycieczki dnia kolejnego, by nadrobić plany. Safari World w Bangkoku jest mało (jak na tą część świata) przyjazne cenowo (nadrabiają to opcją: dzieci do 100cm nie płacą, co u nas oznacza 2 z 3) i komunikacyjnie (żadna komunikacja miejska tutaj nie dociera, ale godzina w taksówce to przynajmniej czas na leprze poznanie „tutajskości”). Jest w nim jednak mnóstwo… zwierząt.

Za nami jest już „nie zdejmuj, ta chusta chroni twoją głowę przed słońcem” i jeszcze w trakcie: „czekaj, nie jedz jeszcze, umyj ręce”. Tutaj przećwiczyliśmy po raz kolejny: „nie mamy miejsca, żeby zabrać nowe zabawki” i „pijemy tylko butelkowane napoje”.

Podczas przejażdżki widzieliśmy między innymi niedźwiedzie, nosorożce, lwy, hipopotamy (po kilkanaście), tygrysy, emu, sarny, emu (po kilkadziesiąt) i żyrafy, zebry, czaple (oby mnie oczy nie myliły, ale moim zdaniem ponad 100). Same zwierzęta można zobaczyć w wielu innych miejscach (choć pewnie nieczęsto tak wiele gatunków) – ale tutaj czułam się, jakbym jechała po planie firmowym z Króla Lwa. Wszędzie pełno zwierząt. Lwy bawiące się kokosem jak mój pies piłką do tenisa, podgryzające się zebry, małe biegające pomiędzy dorosłymi, wdzięczące się małpy, blokujące przejazd zwierzęta przeróżne. Furorę zrobił też pawian z kolorowymi… (powiedzmy) plecami.

Janek, choć potwornie już wtedy zmęczony (zasnął włożony po przejażdżce do wózka), stał patrząc w okno i ciągle celując w różne strony powtarzał: „rraaaaar”, „u-u”, „łaaaa”. Kasia i Marysia biegały z lewej do prawej – zależnie od tego, gdzie można było dostrzec coś nowego. Im najbardziej podobało się, jak zwierzęta się karmiły, podgryzały i blokowały drogę. Całkiem nieźle wyszedł też wyprodukowany przez Maćka dubbing.

Nie umknęły mojej uwadze tabliczki, które, choć wcale zabawne nie są – jednak… 😊

„Animals have right of way” oraz „If car breaks down sound your horn and wait”.

W innej strefie, trochę podobnej do naszych zoo, były mniej i bardziej standardowe alejki, pytony, słonie i inne jaszczurki. Regularnie są też pokazy. Byliśmy na jednym, gdzie delfiny skakały na kilka (bliżej 10) metrów do góry i robiły naprawdę niezwykłe rzeczy. Można mieć mieszane uczucia, co to etyczności takich pokazów, ale niezaprzeczalnie – robią wrażenie.

Kolorowe papugi na drzewach w alejkach obiektu, zastygające w bezruchu (one naprawdę się nie ruszały, żeby potem jednym ruchem zniszczyć przeczucie, że jednak są sztuczne) krokodyle, podpływające ryby i inne wodne zwierzęta, wszechobecne odgłosy ptaków…

W taksówce dzieci zasnęły, a my przez ponad dwie godziny (potworne korki!) łamanym językiem ciała i uśmiechu łączonym z odrobiną angielskiego, omawialiśmy z kierowcą uroki i cienie Tajlandii. Jako fan doznań kulinarnych – Maciej ustalił, czego warto spróbować, a także, co może okazać się nawet bardziej przydatne: jak powiedzieć „łagodne”.

Polecane posty