Gdzie oczy poniosą (podróże z dziećmi)

Bangkok-Suratthani: Bez klimy, wrzątku i wieczornej kąpieli

To właśnie na podróżowanie pociągami kupiliśmy ciepłe polary, które miały zrównoważyć klimatyzację. Mniejsza o metro, w którym spędziliśmy maksymalnie pół godziny na raz. Mniejsza o taksówki, gdzie przeważnie kierowca daje się namówić na zmniejszenie nawiewu i zwiększenie temperatury. Dwa dni temu przejechaliśmy nocnym pociągiem z Bangkoku do Surat Thani, co zajęło nam 12 godzin. Wyjazd o 18.30. Polarów nie wyjmowaliśmy z plecaka.

Wybraliśmy pociąg bez klimatyzacji. Wiatraki chodziły bez przerwy, wszystkie okna do połowy otwarte. Nietypowa była to podróż. Ten z klimatyzacją miał lepszy układ godzinowy (startował o 19.30) i miało w nim być więcej turystów (niż Tajów). W obliczu opinii, jakie znajdywałam w internecie, i o których słyszałam od znajomych (m.in. „Przy temperaturze 15 stopni i tak nie zmrużyliśmy oka przez całą noc”), a także wiedząc, że na klimatyzację generalnie reagujemy chrypką i katarem – zdecydowaliśmy się na opcję bardziej tutejszą.

Nie żałuję.

Polecam spróbować.

Powtarzać nie zamierzam.

To właśnie nasza sąsiadka (ta, której nie widać, ale widać gdzie siedzi, bo rozmawia z nią Maciej 🙂

Wsiedliśmy do pociągu, gdzie żeby wnieść wózek musieliśmy zdjąć tylne koła. W czasie upychania bagaży na metalowych kratkach (do tego przeznaczonych) – ustawiła się kilkuosobowa kolejka osób, które chciały nas minąć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam dwa miejsca siedzące (jedno – moje, jedno – maćka) – po różnych stronach pociągu. Były obok siebie (dzieliło je przejście), ale na przeciwko każdego z nas miał siedzieć ktoś jeszcze. Dzieci płacą za bilet ulgowy, co jest równoznaczne z tym, że miejsca dzielą z rodzicami. Siedziały więc z nami.

Nad naszymi siedzeniami było górne łóżko.

I dlatego właśnie nie dostaliśmy miejsc „w jednej dziupli”. Gdyby tak było – jedno, na czas spania, musiałoby wejść po metalowej drabince na górne łóżko (tutaj, gdzie uwieczniłam mnicha). Na obu naszych biletach widniało „lower”. I całe szczęście. Nie tylko dlatego, że w tych pociągach dzieci nie mogą jeździć na górze. Także dlatego, że łóżka na dole są szersze i mają dostęp do okna. Jest też bliżej bagaży. Chociaż ja szczególnie nie obawiałam się o nie.

Zanim straciliśmy życie (a co najmniej: palce), próbując rozłożyć łóżko samemu, Tajka z sąsiedniej „dziupli” podpowiedziała, żeby zawołać pana, którego zadaniem jest rozłożyć je i pościelić. Podpowiedziała oczywiście po tajsku i włączyła migowy. W każdym razie, dogadała się z Maćkiem i poszli po pana rozkładacza. Nie wiem, jak miała na imię nasza sąsiadka, ale od tej pory pomagała nam jeszcze kilkukrotnie – przy wiązaniu bagaży, rozwieszaniu zasłon, przed wyjściem z pociągu.

Siedzenia rozkłada się do takiego łóżka – na górze jest drugie, widoczne na innych zdjęciach. Dwie osoby jadące na dwóch siedzeniach dolnych dzielą się potem. Jedna zajmuje dolne łóżko, a druga wspina się po drabince na górę.

Kasia i Marysia miały frajdę z łóżka w pociągu, na które wysypały swoje zabawki, książeczki i bibeloty. Zanim pan rozkładacz rozłożył materac i prześcieradło. Janek miał frajdę z łażenia między drabinkami i uciekania w obie możliwe strony. Przerzuciliśmy zabawki (i całą resztę) na łóżko obok dając przestrzeń do pracy panu rozkładaczowi. Przebraliśmy dzieci w długie spodnie (rzekomo miały dzięki temu być mniej pogryzione po nocy) i jeszcze chwilę wyglądaliśmy przez okno. Wieczorna toaleta ograniczyła się do mycia rąk i wiadomo – wedle potrzeby. Mleko Janka tego dnia było w temperaturze pokojowej (o dziwo – przeszło bez protestów). Zamknęłam okno, licząc że tak będzie bezpieczniej (ach jak ja się obawiałam tych owadów). Może zasłonki wyglądały trochę jak szpital, może było ciasno, może nawet było raz za ciepło, a potem zbyt zimno. Dostaliśmy koce, czyste poduszki i prześcieradła. Kilka wyrazów sympatii.

Nocne niespanie to chyba zawsze frajda. Podobnie jak jedzenie na łóżku i wyglądanie przez pociągowe okno.

Górne i dolne łóżka mają osobne zasłony, co daje pewne wrażenie intymności. Małe półki na plecaki na górze wystarczają na dwa średniej wielkości małe plecaki. Duże półki na dole wystarczają na 2 duże plecaki i wózek.

Okno pan rozkładacz otworzył na najbliższej stacji (na moją prośbę) – uderzając w nie od zewnątrz metalową tabliczką z nazwą stacji. Mocno, szybko, dynamicznie i bez uprzedzenia. Zdążyłam zabrać palce Janka zanim okno opadło, a on z zadowoleniem pomachał do nas.

Budziłam się kilka razy w nocy z przeświadczeniem, że Janek wstał i łazi po pociągu. Przerażające o tyle, że nie wszystkie drzwi na zewnątrz były zamknięte. Raczej doskwierała mi jazda na małej przestrzeni z temperaturą trudną do wyregulowania, niż sama jakość czy standard pociągu. Czułam się, jak w takim małym pokoju. Dźwięk jadącego pociągu przyjemnie usypiał, przez okno wpadało świeże (w paru miejscach mniej świeże) powietrze. Co jakiś czas przechadzał się jeden albo drugi pan z tacą z obiadami, owocami i wiaderkiem z napojami. Zafoliowane surowe owoce od przygodnych sprzedawców, podobnie jak wątpliwe obiady nie przekonują mnie (przynajmniej jak dotąd). Były toalety i teoretycznie był prysznic – ja wolałabym jednak z niego nie korzystać.

Ciasno, ale bez przesady – jak na cztery osoby uważam, że nie jest źle.

Tego dnia na kolację były banany, bananowe chipsy, jabłka, kanapki z dżemem i ciastka. Po mięsnych szaszłykach z ryżem i pomidorach zjedzonych kilka godzin wcześniej w Lumpini Park, do rana wystarczyło.

Po pociągu można chodzić i korzystaliśmy z tego (głównie w kontekście Janka). Łóżka były wygodne, a nasz sąsiad sprowokował nas do krótkiej rozmowy o mnichach (którzy obok kobiet w ciąży i osób starszych mają swoje „fotele pierwszeństwa” w komunikacji miejskiej; mają też specjalne pokoje na dworcach).

Od 5.30 szykowaliśmy się do wyjścia. Pakowanie, składanie wózka (bez tylnych kółek), plan ewakuacji, budzenie dzieci.

Żadnych pogryzień (nie odnotowałam).

Bilety kupiliśmy na stacji, otrzymując pomoc (po angielsku!) i pełną informację w przeznaczonym do tego punkcie. Przyjechaliśmy kilka godzin wcześniej i skorzystaliśmy z przechowalni bagażu (dostępne na większości dworców, tylko uwaga, żeby nie zostawiać w nich jedzenia, w przeciwnym razie podobno szczury zjedzą i jedzenie, i wszystko co stanie im na drodze). Przed nocną podróżą kupiliśmy jeszcze wodę („a możemy tupić też soczet?”), zjedliśmy europejskie lody na patyku („ja tego różowedo!”), powdychaliśmy miejskiego smogu („mamo, co tu tak śmierdzi?) (paskudne! tego w Bangkoku nie polecam), zobaczyliśmy kwestujące uczennice („dlaczego one tak równo mówią i mają takie same stroje?”), odwiedziliśmy festiwal turystyki („ja chcę już być w pociągu”, „dlaczedo nie ma dmuchańców?”), zjedliśmy późny obiad na trawie („doble”, „dobre, ale nie chcę”) i przejechaliśmy się metrem („Kasia, gdzie masz swój bilet?”).

Wyspa widoczna ze statku płynącego na Koh Samui, a potem na Koh Phangan. Wydaje mi się, że to Ko Som, ale głowy nie daję.

Nie wiedzieliśmy, z kim pojedziemy z Surat Thani na Koh Phangan. Po tym, jak na promie z Koch Chang dowiedzieliśmy się, że nasz kierowca nie dojedzie i nie zabierze nas do Bangkoku, ponieważ nie przepuścili go przez granicę w Kambodży – jakoś nie martwi mnie załatwianie takich rzeczy na miejscu. Przeważnie taniej, miło, lokalnie i z przygodami. Kiedy tylko wszystkie nasze 10 nóg stanęło na peronie w Surat Thani – podeszło kilku Tajów pytając dokąd jedziemy, i czy mamy transport. Kupiliśmy bilet łączony na autobus i statek.

To też pierwsza sytuacja, gdzie nie mieliśmy zapewnionego noclegu i planowaliśmy szukać go dopiero po przyjeździe.

Ostatnie dni w Tajlandii spędzimy na wyspach na południu. Głównie: Koh Phangan. Widoki są nieziemskie (choć w rzeczywistości przeplatają się z widokami stert śmieci i totalnych ruder, których prawdopodobnie od lat nikt nie sprzątał, remontował, nikt w nich nie mieszkał). Plaża „krótka”, ale to ma zmieniać się z dnia na dzień (przy pełni księżyca kilka dni temu nie było jej wcale).