Gdzie oczy poniosą (podróże z dziećmi)

Skoki do wody i miniatury krabów na plaży w Koh Chang

– Można pływać? – po raz drugi spotkaliśmy na trasie Polaków. My wracaliśmy z wodospadu, oni akurat zmierzali w jego kierunku. Pływać można, skakać też (pomimo dwuznacznych tabliczek). Nie można natomiast zbierać i wynosić kamieni (kara więzienia 5-20 lat).

Inny świat.

W klimatyzowanym domu jest przemiło (w końcu w środku tylko 28 stopni!). Ze względu na klimat, pralki tutaj często stoją przed domem, a ściany i podłogi mają mniejsze i większe szpary, przez które można oglądać świat. Nie podejrzewam, że to celowy zabieg – po prostu Tajowie mniej zwracają uwagę na szczelność (bo i mniej z tym potem problemów). Tu, gdzie dotychczas byliśmy – łazienka jest jednocześnie „kabiną prysznicową”. Na tabliczkach informujących o noclegach niejednokrotnie ciepła woda jest wymieniana obok wi-fi jako jeden z elementów wyższego standardu. W praktyce – po całym ciepłym dniu zimna woda w kranie wcale nie jest tak zimna.

Na ulicy cena to tylko propozycja, benzynę można kupić na straganie przy drodze (na butelki), na skuterze może jechać tyle osób, ile się zmieści, a sok jabłkowy kosztuje więcej niż dwa średniej wielkości mango. Ubrania nie schną na dworze, kaski noszą tylko przyjezdni, a choćby nie wiem jak zniszczony i zapuszczony był czyjś dom – kapliczka stojąca przed nim jest elegancka, wyczyszczona i odmalowana. Tajowie wierzą w dobre uczynki (jako droga do lepszego życia w przyszłym wcieleniu), są pracowici i potwornie pozytywni.

To tak na jednym wdechu, ułamek myśli, które przelatują mi przez głowę. A żeby było to mniej niepoukładane, skorzystam z tego, co mówią moje dzieci. Niech tym razem cytaty z nich będą otwarciem do opisania tego, co tutaj widzimy i przeżywamy.

Benzyna sprzedawana w butelkach (niewiele drożej niż na stacji, których na wyspie zauważyliśmy tylko dwie).

Kasia: Mamo, nie chcę już tych owadów!

A owady są wszędzie. Latają, zwieszają się, kroczą swoimi ścieżkami (w restauracji „u Łysego”, jak ochrzcili ją inni napotkani przez nas Polacy, mrówkopodobne robactwo ma swoją ścieżkę prowadzącą od podłogi do sufitu; ruch na niej bywa niemiłosierny). Muszki, pająki i inne ćmy towarzyszą nam nieustająco. Komary są w wersji ninja – nie słychać ich, nie widać, a nagle masz bąbla. My mamy na szczęście tylko kilka (nawet nie jestem pewna, czy to od komarów), ale generalnie citronella nieustająco w użyciu.

Marysia: Czy ten pan zbiera do kubka te małe pajączki?

Na plaży są małe dziurki o średnicy, powiedzmy, 8mm. Jest ich dużo, nie zrobiłam zdjęcia, może uda mi się nadrobić – pojawiają się w nich i znikają małe „pajączki”. Przechodzą między nimi, wymieniają się. Mi to przypomina grę na starych konsolach – gdzie w różnych miejscach pojawiają się głowy/postaci/rzeczy i musisz w nie trafić. Setki, tysiące dziurek (tym samym: podziemnych mini-korytarzy). Od Taja, który „szczypał ziemię” dowiedzieliśmy się, że to nie pajączki, a miniaturkowe kraby.

Każda po wiele razy: Kiedy znów pojedziemy na skuterze?

To stały tekst. Pojawia się zawsze wtedy, kiedy dojedziemy w jakieś miejsce i zsiadamy ze skutera. Mamy dwa – chociaż pani w wypożyczalni, kiedy usłyszała, że chcemy wszyscy jeździć, uśmiechnęła się i powiedziała tylko „to musi być duży skuter”. Pewnie, gdybyśmy jeździli wszyscy na jednym, też nikogo by to szczególnie nie zaskoczyło. Dziewczyny wiedzą, że w Polsce nie mogłyby jeździć, a że bardzo im się ta jazda podoba – to duży plus w ich oczach dla Azji. Kasia nawet (już dwukrotnie) zasnęła jadąc (na stojąco, przede mną).

Nie wyobrażam sobie poruszania się tutaj bez skutera – daje niezależność, jest szybki i wygodny. Dociera w najdalsze zakątki wyspy i kilka dni jeździ na jednym baku.

Marysia: Dlaczego tutaj ludzie wierzą w innego Boga niż my?

Kapliczek jest bardzo dużo. Jeśli nie złote, to kolorowe – wszystkie bardzo zadbane, przy wielu złożone dary (otwarte napoje ze słomkami, jedzenie). Ta akurat (poniżej) nie jest standardowa – stała przy drodze, pełna darów i jeszcze dodatkowo figur zwierząt. Większość, to takie świątynie w miniaturze na podwyższeniu.

Kasia: Tutaj jest tlochę jak w Bieszczadach, tylto drzewa tam nie były takie duże.

Droga na wodospady na Koh Chang przypomina krajobraz bieszczadzki. Miejsce jednak bardziej zatłoczone niż Bieszczady (nawet dzisiejsze). Potem wyłania się wodospad (takiego w Bieszczadach nie widziałam) wpadający do rzeki pełnej małych i dużych ryb. Ocierają się bez przerwy o nogi i w ogóle wszystkie zanurzone części ciała. Ludzie pozują do zdjęć. skaczą ze skał, pływają, opalają się na skałach.

Potem było jeszcze więcej ryb wokół. Ocierały się, cmokały pyszczkami w nogi.

Obie: Fajnie, że dzisiaj jest pasza na śniadanie.

Polskie jedzenie albo jest wybitnie dobre, albo wybitnie się do niego przyzwyczailiśmy. Cały czas nie ma tutaj takiej opcji na śniadanie, która satysfakcjonowałaby większość z nas. Owoce nie sycą na długo, a pieczywo smakuje tylko trochę jak pieczywo (bo jakieś tam jest, w przeciwieństwie do tego, czego się spodziewałam). Ryż miał już trzy fazy (nie chcę nie lubię / chętnie zjem / znudził mi się ten ryż). Dzisiaj na śniadanie przygotowaliśmy dobrze sobie znaną paszę z wymianą polskich owoców na lokalne. Może i bez rodzynek, bez pestek dyni i bez gorzkiej czekolady – ale kierunek wydaje się być słuszny. Płatki owsiane sycą, a mango dodaje smaku. Jutro idziemy w warzywa 🙂

Jemy ją na śniadanie od trzech lat – z owocami, płatkami i różnymi dodatkami. Tutaj w Tesco Lotus znaleźliśmy płatki i wróciła nadzieja na smaczne śniadania.

Kasia: Boję się tych małp, ttóle mi zabrały zabawtę.

To akurat mnie trochę przeraża. Małpa, która wskakuje na skuter, wyciąga z niego foliówkę, otwiera i próbuje zjeść zabawkę na początku mnie ucieszyła. Jak później zobaczyłam jej zęby i reakcję na krok w jej stronę – mina mi zrzedła. Na ten moment, mam tylko pomysł, żeby mieć przy sobie coś do jedzenia i móc jej rzucić, gdyby czegoś od nas chciała.

To nasze skutery. Drugi, niestety, jest włączony. Na szczęście małpa nie wyjęła i nie zabrała kluczyka. Są szybkie, sprawne i wyglądają groźnie.

Kasia: Dlaczedo ten pan tutaj chodzi z tymi wiszącymi?

Po plaży przechadzają się panie i panowie – sprzedawcy z asortymentem wszelkiego rodzaju. Mniej jedzenia niż ubrań, gadżetów, amuletów, chust. Podchodzą, zagadują, namawiają, komplementują. Przyjęło się, że cenę pokazują na kalkulatorze – to też platforma negocjacji z tymi, którzy nie znają angielskiego. Ci, którzy potrafią choćby kilka słów po angielsku powiedzieć, kilka razy rzucają: my maximum is… po chwili zmniejszając jeszcze cenę.

Od sprzedawcy talizmanów nauczyłam się, że nie ma sensu podawać argumentów, bo każdy można zbić (za drogo – będzie taniej; ciężko nosić – tutaj mam mniejsze, …)

Marysia: Przeczytasz mi to, bo wiem że tego obok nie umiesz?

Jest milion pytań, na które nie znam odpowiedzi. Tylko dzięki google translator czasami potrafię zrozumieć te dziwne tajskie znaczki. Nie wiedziałam, czym jest smoczy owoc, jak się je mangostan, że to nie pająki, a kraby, jakie nazwy mają te wszystkie potrawy w restauracjach, co jest w sosie i dlaczego podali go w worku, … Nie wiem, jak rozcinają kokosy, skąd jest tyle bezdomnych psów i dlaczego, pomimo upałów, Azjaci często chodzą w długich rękawach i spodniach. Nie wiem, czemu w skuterze nie działa prędkościomierz (i czemu dla wypożyczalni to nie problem), ani dlaczego tutaj są inne bakterie niż u nas. I wydaje mi się to ludzkie i uwalniające, że moje dzieci zdają sobie z tego sprawę. Wymyślamy potencjalne „dlaczego” i sprawdzamy – w miarę możliwości.